| Sztorm o producentach Trójmiasta |
|
Sporo literek na temat trójmiejskich producentów w ostatnim Sztormie Gazety Wyborczej. Ciekawy zbieg......., "Snake" produkował demo pierwszego zespołu Karola, B10 TO Underground (rok 1997). Rzecz nie do odratowania, a szkoda. Producenci są szarą eminencją przemysłu muzycznego - to nie oni udzielają wywiadów, to nie na ich autografy czekają fani po koncertach. Ich praca nie jest spektakularna, ale jej efekty czasem spektakularne bywają. Kim właściwie jest producent muzyczny? To pytanie, na które w zasadzie nie ma odpowiedzi. Albo inaczej - jest na nie tyle odpowiedzi, ilu producentów. Jedni ograniczają się do ustawienia mikrofonów w studiu, inni - wypracowują wraz z muzykami koncepcję brzmienia płyty, a potem konsekwentnie ją realizują, jeszcze inni zajmują się kompleksowo wszystkimi działaniami związanymi z powstawaniem materiału, wliczając w to sprawy, zdawałoby się, bardzo odległe od meritum, np. dbanie o relaks muzyków podczas sesji nagraniowej. Producenci są szarą eminencją przemysłu muzycznego - to nie oni trafiają na pierwsze strony gazet, to nie oni udzielają wywiadów, to nie na ich autografy czekają fani po koncertach. O tym, jak niewdzięczne potrafi być to zajęcie, wystarczy się przekonać, robiąc prosty test: najpierw pomyśleć o swojej ulubionej płycie, a potem zastanowić się, kto był jej producentem. Poza prawdziwymi wielbicielami jakiegoś wykonawcy, którzy wiedzą o nim prawie wszystko, mało kto jest w stanie odpowiedzieć na to pytanie. Taki już niewdzięczny los producentów. W historii muzyki tylko kilku z nich zyskało rozgłos i uznanie, choć trochę przypominające to, czego doświadczają sami wykonawcy. Rick Rubin - legendarny producent, specjalizujący się w hip-hopie i heavy metalu, Phil Spector - wynalazca brzmienia zwanego "ścianą dźwięku" czy Martin Hammet - twórca charakterystycznego brzmienia zespołu Joy Division - to tylko nieliczne przykłady producentów, którzy sami stali się gwiazdami. Choć stało się to raczej za sprawą ich ekscentrycznych upodobań i zwyczajów niż - nieocenionych - zasług dla współczesnej muzyki. Kiedy mówi się o muzyce trójmiejskiej, bardzo często robi się ten sam błąd - zwraca się uwagę przede wszystkim na samych wykonawców, zespoły, liderów budujących nowe, ciekawe składy. Rzadko kiedy, albo wręcz - nigdy nie docenia się pracy i zasług producentów. A tak się składa, że w Trójmieście działa dziś co najmniej kilku ważnych, młodych przedstawicieli tego niedocenianego zawodu. Niektórzy cieszą się taką środowiskową sławą, że specjalnie dla nich przyjeżdżają tu nagrywać swoje płyty zespoły z całej Polski (ostatnio np. warszawska formacja Out Of Tune czy wielkopolska grupa Kumka Olik). Trójmiasto od lat jest pod tym względem ważnym ośrodkiem w skali Polski. To właśnie tu przez całe lata pracował słynny duet producencki Adam Toczko i Tomasz Bonarowski, który w połowie lat 90. w studiu Modern Sound w Gdyni zrealizował kilka płyt, które definiowały oblicze polskiej muzyki w tamtym czasie (m.in. takich zespołów jak Acid Drinkers czy No Limits). To właśnie tu jeszcze kilka lat temu funkcjonowało kultowe studio im. Adama Mickiewicza - niewielka kanciapa, w której niemal magicznych sztuczek dokonywał Maciej Cieślak, twórca brzmienia takich formacji jak Ścianka (który sam założył) czy Lenny Valentino. Wygląda na to, że złote lata trójmiejskiego środowiska producenckiego trwają nadal. Oto kilka dowodów. Stół mikserski w cieniu gitary - Wydaje mi się, że u mnie zaczęło się tak samo jak u wszystkich innych muzyków, którzy stają się producentami - zwierza się Tomasz Kamiński, w środowisku muzycznym znany jako Snake. - Zawsze kiedy wychodziłem ze studia nagraniowego, miałem wrażenie, że brzmienie, które wypracowaliśmy, nie jest zadowalające, narzekałem na to, co robili inni producenci, w pewnym momencie stało się więc naturalne, że chciałem sam spróbować zrobić to lepiej. Kamiński pierwszy raz wszedł do poważnego studia nagraniowego w połowie 1994 r., jako muzyk formacji Red Rooster. - Zaczynałem już powoli rozumieć, że z samego grania nie da się żyć - wspomina. - Stwierdziłem, że praca w studiu, a jeszcze lepiej - posiadanie własnego studia, to świetny pomysł na zarabianie pieniędzy. Pojechałem więc do Warszawy i zacząłem pracę w jednym z tamtejszych studiów. To był ważny okres, bardzo dużo się wtedy nauczyłem. Brałem wówczas udział w powstawaniu bardzo różnych form muzycznych: od zwykłych płyt aż do ilustracji dźwiękowej reklam. Potem zaangażowałem się jeszcze w produkcję audycji radiowych, m.in. dość popularnego programu "Windą na szafot" Pawła Paulusa Mazura i Krzysztofa Sielaka. Po powrocie do Trójmiasta Kamiński pracował w studiach Na Zboczu i Krater, ale potem otrzymał propozycję nie do odrzucenia - w zespole Golden Life zwolniło się stanowisko gitarzysty. Muzyk dołączył do grupy, co spowodowało, że karierę producenta musiał zawiesić na kołku - w intensywnym kalendarzu koncertowym Golden Life nie było na nią czasu. - Ale wiedziałem, że wcześniej czy później do tego wrócę - zwierza się Kamiński. - Nastąpiło to w momencie, gdy zespół trochę wyhamował. Zrealizowałem wówczas swoje marzenie: założyłem własne studio nagraniowe, w którym od lat powstają różne materiały muzyczne, przede wszystkim przeznaczone do reklam i najróżniejszych produkcji multimedialnych. Ale powstaje tam także muzyka. Kilka lat temu np. Kamiński zrealizował w swoim studiu soundtrack do offowego filmu "Segment '76" - znalazła się na nim zarówno jego autorska muzyka, jak i piosenki innych, trójmiejskich wykonawców. Ostatnim producenckim dziełem Kamińskiego jest debiutancka płyta zespołu Gentleman! - Nie miałem wątpliwości, czy się zgodzić, kiedy muzycy tej grupy zaproponowali mi współpracę - opowiada Snake. - Ich piosenki podobały mi się od pierwszego razu, kiedy je usłyszałem. Praca producenta jest właściwie bardzo niewdzięcznym zadaniem. Z jednej strony zwykle ma się szacunek do artystów, z którymi się nagrywa, z drugiej - trzeba mieć spory dystans do ich twórczości. Nie można przecież jej zmieniać, nie można w nią ingerować. Trzeba ograniczyć się tylko do tego, żeby wybierać z niej to, co najlepsze, a potem wzmacniać to i uwypuklać. Nagrywać bez studia - Kiedy jako muzyk trafiasz pierwszy raz do studia, zderzasz się z tą całą machiną, o której do tej pory w ogóle nie miałeś pojęcia - opowiada kolejny z trójmiejskich producentów, którzy są jednocześnie muzykami, Piotr Pawlak. - Z reguły, przynajmniej w pierwszym momencie, wywołuje to duże problemy, kiedy okazuje się, że nic nie brzmi tak jak chciałeś, żeby zabrzmiało i jak ci się wydawało, że powinno zabrzmieć. Ale koniec końców ta sytuacja może przynieść konstruktywne skutki, bo kiedy nic ci nie pasuje, zaczynasz się temu przyglądać uważniej, zaczynasz to zgłębiać. Pawlak zgłębia to - czyli sztukę produkcji i realizacji dźwięku - już od wielu lat. Zaczęło się podczas nagrywania jednej z płyt zespołu Łoskot, w którym ten doświadczony już wówczas muzyk (wcześniej przez wiele lat występował w słynnej alternatywno-rockowej formacji Bielizna) grał w połowie lat 90. - Pojechaliśmy do Wrocławia, do studia Tuba - wspomina Pawlak. - Był tam do dyspozycji jeden z pierwszych w Polsce systemów do cyfrowej obróbki dźwięku. Jego możliwości zafascynowały mnie bardzo mocno i przez miesiąc nie mogłem się od niego oderwać. Od tego na dobre zaczęła się moja przygoda z produkcją dźwięku. W kolejnych latach Pawlak bardzo szybko rozwijał swoje umiejętności producenckie i stał się niezwykle cenionym specjalistą w tej dziedzinie. Współpracował przede wszystkim ze środowiskiem yassowym. To właśnie spod jego ręki wyszły płyty takich wykonawców jak: Olo Walicki czy zespoły Kury, Kobiety i Pink Freud. Jego ostatnie produkcje to płyty najmłodszej generacji trójmiejskiej sceny alternatywnej: zespołu Kciuk And The Fingers i jednoosobowego (w czasie nagrywania debiutanckiej płyty, dziś występującego już w poszerzonym składzie) projektu Mananasoko. - Kiedy pracuję nad czymś, do czego mam bliski stosunek emocjonalny, a tak zwykle jest w przypadku materiałów, które nagrywają moi przyjaciele - zwierza się Pawlak - poświęcam się mu o wiele mocniej niż w przypadku jakichś komercyjnych zadań, z którymi nic mnie nie wiąże. Z jednej strony to dobrze, bo wkładam w to więcej serca i to często słychać, z drugiej - bardzo źle. Potrafię bowiem ślęczeć nad czymś bardzo długo. O wiele za długo. Tak było choćby w przypadku płyty zespołu Łoskot, zatytułowanej "Sun", przy której dłubałem ponad rok. Pawlak nie ma własnego studia, ale - jak twierdzi - znakomicie sobie bez tego radzi. - Najczęściej sprawa wygląda tak, że muzycy przychodzą do mnie z nagranymi ścieżkami, a ja koncentruję się tylko na postprodukcji - opowiada. - A do tego potrzebuję tylko i wyłącznie komputera. Dziś coraz częściej można się obyć bez profesjonalnego studia. W tej chwili realizuję np. nową płytę zespołu Kobiety, poszczególne instrumenty nagrywamy w bardzo różnych miejscach, czasem w prywatnych mieszkaniach. Pożyczone mikrofony Podobną metodę pracy stosuje od lat jeszcze jeden z ważnych trójmiejskich producentów Karol Schwarz. - Moje studio jest w stu procentach przenośne - opowiada. - Składa się na nie przede wszystkim dziesięciowejściowa karta muzyczna, komputer i kilka drobiazgów. Nie mam nawet profesjonalnych, studyjnych odsłuchów - jakoś sobie radzę za pomocą dobrych słuchawek. Mam kilka mikrofonów, inne pożyczam od muzyków i znajomych. Dziś cała technologia związana z nagrywaniem oparta jest przecież na komputerach. Przygoda producencka zaczęła się dla Schwarza w 1997 r., gdy zdecydował się sam nagrywać płytę swojego zespołu Karol Schwarz All Stars. - Na początku nie miałem o tym pojęcia - opowiada artysta - więc szukałem podstawowych wiadomości wszędzie, gdzie się tylko dało. Czytałem prasę, jakieś książki, szperałem w internecie. Zaczynałem od produkowania muzyki elektronicznej, dopiero trochę później, kiedy opanowałem podstawowe kwestie i nabrałem jako takiego doświadczenia, zdecydowałem się na realizację materiałów zespołów gitarowych. Nie jestem zawodowcem, specjaliści pracujący całe lata w studiach nagraniowych pewnie wyśmialiby moje umiejętności, ale na potrzeby moich zespołów i zespołów moich znajomych, których płyty realizuję, to w zupełności wystarcza. Kiedy zastanawia się nad rolą producenta, Schwarz podaje przykład brytyjskiego zespołu The Stone Roses, działającego na przełomie lat 80. i 90. - Kiedy obejrzy się materiały wideo z ich pierwszych koncertów - opowiada Schwarz - a potem posłucha debiutanckiej płyty, różnica jest kolosalna. Mam wrażenie, że to właśnie zasługa producenta (w tym przypadku był nim John Leckie). To on uporządkował chaotyczne granie instrumentalistów i poradził Ianowi Brownowi, jak układać ścieżki wokalne, żeby ukryć jego niezbyt wielkie możliwości głosowe. I to jest właśnie, jak mi się wydaje, najważniejsze zadanie producenta: powiedzieć zespołowi, co mu wychodzi i co trzeba wybić na pierwszy plan, a co jest słabe i trzeba to jakoś ukryć. Producent zwykle jest osobą z zewnątrz, nawet jeśli jest związany towarzysko czy emocjonalnie z zespołem, ma jednak trochę większy dystans do jego twórczości niż jego członkowie. To mu daje możliwość modyfikowania jej w taki sposób, żeby zabrzmiała jak najlepiej. Historia muzyki rockowej zna zresztą ciekawe przypadki związane ze współpracą muzyków i producentów. Najbardziej charakterystyczny jest chyba casus słynnej Nirvany: Butch Vig wyprodukował album "Nevermind" w bardzo miękki, niemal popowy sposób, a Steve Albini stworzył na "In Utero" niemal lepki dźwiękowy brud. To świetne przykłady na to, co muzyczna wyobraźnia dwóch utalentowanych producentów potrafi zrobić z tym samym zespołem. Zawsze staram się na początku pracy porozmawiać z muzykami, poznać ich pomysły na własne brzmienie, a potem posłuchać ich muzyki i wyciągnąć z niej to wszystko, co najlepsze. Eksperymenty na skrzyżowaniu dróg Praca producenta to z reguły działania jednoosobowe. Ale historia muzyki zna co najmniej kilka przykładów duetów producenckich, którym wspólna praca zdecydowanie wychodziła na dobre: w muzyce reggae to np. Brytyjczycy Sly And Robbie, w gatunku tanecznej elektroniki - Francuzi z takich zespołów jak Air czy Justice, duetów pracujących razem w studiu i na scenie. W Trójmieście też pracuje tego typu kolektyw - dwóch artystów, którzy wspólnie pracują nad własnymi i cudzymi utworami. To Krystian Wołowski i Michał Skrok, znany jako Bunio - muzycy, którzy od lat grają wspólnie w słynnym zespole Dick4Dick. Z nim wiążą się także ich pierwsze doświadczenia producenckie. - Naszą pierwszą płytę "Silver Ballads" zrealizowaliśmy sami - opowiada Wołowski. - To był okres naszej fascynacji muzyką elektroniczną, z czym wiąże się też fascynacja produkcją. Bo muzyka elektroniczna to przecież przede wszystkim produkcja właśnie. Nie miałem jeszcze w tamtym czasie zbyt wielkiego pojęcia o produkcji muzyki, ale starałem się uczyć jak najwięcej. Bardzo pomagał mi Bunio, który miał o wiele większe doświadczenie w tym względzie. Doświadczenie i praktyka to w tym zawodzie bardzo ważne sprawy, ale to, że ich nie miałem, przyniosło też sporo ciekawych skutków. Byłem np. dzięki temu o wiele bardziej skłonny do najdziwniejszych eksperymentów: część ścieżek wokalnych nagrywaliśmy za pomocą prymitywnego mikrofoniku od laptopa - na taką herezję nie zdecydowałby się zapewne żaden profesjonalny producent. Zauważyłem też, że od czasu gdy sam zająłem się produkcją, zupełnie inaczej słucham muzyki: rozkładam ją na czynniki pierwsze, zastanawiam się, jak uzyskane zostało dane brzmienie, myślę o tym, czy potrafiłbym uzyskać podobny efekt. Po sukcesie, jakim okazała się pierwsza zrealizowana przez nich płyta, Bunio i Wołowski zaczęli zajmować się produkowaniem muzyki na nieco szerszą skalę. Pracowali nad kolejnymi materiałami swojego zespołu, eksperymentowali z projektami pobocznymi, realizowali zlecenia komercyjne, np. muzykę do reklam. Ukoronowaniem ich rozwoju jako duetu producenckiego było założenie własnego studia nagraniowego. - Pomieszczenie uzyskaliśmy od władz Gdańska - opowiada Wołowski. - Znajduje się w samym centrum, więc to bardzo wygodna lokalizacja. Kupiliśmy trochę sprzętu i zabraliśmy się do pracy nad naszym pierwszym dużym zleceniem. Przedstawiciele jednego z koncernów fonograficznych zwrócili się do nas, żeby wyprodukować płytę warszawskiej grupy Out Of Tune. Spotkaliśmy się z jej członkami, porozmawialiśmy i ruszyliśmy do walki o to, żeby jej materiał zabrzmiał jak najciekawiej. Nie chcemy, żeby nasze studio stało się komercyjnym miejscem, w którym nagrywać będzie każdy, kto chce. Zależy nam na tym, żeby pracować tylko z takimi muzykami, z którymi możemy się wymienić doświadczeniami i pomysłami. Tylko na skrzyżowaniu dróg mogą powstawać ciekawe projekty. |
| < Prev | Next > |
|---|



